Aliens Camerona kończą 40 lat - i dziś rozumiem, że najlepszy sequel w historii kina był o wychowaniu, nie o strzelaniu
Kosmiczny horror Ridleya Scotta James Cameron przerobił na wojenne kino akcji. A po latach widzę w Aliens coś, czego wtedy nie zauważyłem – to opowieść o matce, nie o karabinach.
Aliens Jamesa Camerona z 1986 roku kończą 40 lat, a Guardian nazywa je być może najlepszym rozpędzonym sequelem, jaki nakręcono. Zgadzam się, ale z zupełnie innego powodu niż wszyscy.
Cameron wziął klaustrofobiczny horror Ridleya Scotta i zamienił go w kino wojenne – więcej obcych, więcej broni, więcej krzyku. To znana część historii. Reżyser trzech Avatarów i dwóch Terminatorów zawsze kochał twarde bohaterki, a Sigourney Weaver jako Ripley to jego pierwszy wielki dowód.
Karabiny to tylko przykrywka
Bo Aliens nie są o strzelaniu. Są o kobiecie, która budzi się po 57 latach snu, traci własne dziecko i adoptuje obcą dziewczynkę na planecie pełnej potworów. Cała ta militarna maszyneria to opakowanie na film o macierzyństwie i stracie.
Dlatego finałowy pojedynek Ripley z Królową działa lepiej niż jakikolwiek efekt specjalny. To dwie matki broniące swoich dzieci. Cameron zrozumiał, że widz nie płacze przez wybuchy, tylko przez stawkę emocjonalną pod nimi.
Dziś, gdy sequele produkuje się taśmowo i mylą one skalę z sensem, Aliens przypominają prostą prawdę. Największy budżet nie zastąpi jednego dobrego powodu, żeby bohaterce kibicować.


