Skip to content
film

Henry Johnson

3 min read
Updated:
Henry Johnson

Kontrowersyjna współpraca, zaskakujący efekt

Film napisany i wyreżyserowany przez Davida Mameta z udziałem Shii LaBeoufa może budzić pewne wątpliwości u osób, które śledzą osobiste wzloty i upadki, potencjalne przestępstwa oraz polityczne dziwactwa artystów.

Sprzeczne opinie o twórcach

Mameta można kojarzyć z jego esejem z 2008 roku, w którym ogłosił się „liberałem o martwym mózgu”, co miało wywołać oburzenie u jego lewicujących fanów. Z perspektywy widza bardziej adekwatną reakcją było przewrócenie oczami i wzruszenie ramionami, szczególnie gdy nazwał rozwlekłego Thomasa Sowella „naszym największym współczesnym filozofem”. Te poglądy pozostawały jednak nieistotne wobec jego twórczości, która w najlepszych momentach była nadal poruszająca.

Bardziej problematyczny wydaje się przypadek LaBeoufa, byłego enfant terrible, który ma za sobą długą historię nagannego zachowania i zarzutów o nadużycia. Nawet jeśli oddzielimy zachowanie artysty od jego pracy, wieści nie są dobre – LaBeouf przychodzi do tego filmu po kilku godnych uwagi (w sensie zupełnie nieudanych) występach. Reżyser Abel Ferrara pozwolił mu improwizować dialogi w nietypowym biograficznym filmie o Ojcu Pio, co zakończyło się niemal całkowitą katastrofą. Podobnie Francis Ford Coppola prawdopodobnie nie zniechęcał go do przesadnej ekspresji w „Megalopolis”.

Silna ręka mistrza dialogu

David Mamet pozostaje jednak sobą, zwłaszcza gdy zarówno pisze, jak i reżyseruje. Ma bardzo konkretny sposób, w jaki chce, aby jego słowa były wypowiadane, i jasno komunikuje to swoim aktorom. Najczystsze przykłady jego stylu znajdziemy we wczesnych filmach „House of Games” i „Homicide”. Joe Mantegna, z którym Mamet pracował w początkach swojej kariery w teatrach Chicago, jest wzorowym praktykiem stylu Mameta. Z biegiem lat, po współpracy z mistrzowskimi aktorami z innych tradycji, jak Gene Hackman (w całkiem wspaniałym „Skoku” z 2001 roku), Mamet nieco złagodził swoje podejście.

Więzienna psychologia w „Henry Johnson”

Pierwsze pół godziny nowego filmu Mameta „Henry Johnson”, adaptacji niedawnego dzieła teatralnego, to esencja twórczości dramatopisarza. Evan Jongkeit, świetny aktor będący zięciem Mameta, gra tytułową rolę. Kiedy go poznajemy, jest schludnym, zapiętym pod szyję prawnikiem wezwanym na rozmowę ze swoim szefem, panem Barnesem (Chris Bauer). Rozmowa początkowo wydaje się dotyczyć aborcji, co mogłoby sugerować pojawienie się jakiejś formy polemiki, ale tak się nie dzieje. Tematem jest w rzeczywistości zaangażowanie Henry’ego w zapewnienie najlepszej obrony prawnej pewnej stronie, ale pointa, po całych zwojach zwięzłych, eliptycznych dialogów Mameta, prowadzi Henry’ego do więziennej celi.

Tam spotyka współwięźnia Gene’a, granego przez LaBeoufa. Gene to filozoficzny typ, który lubi mówić przypowieściami – niemal natychmiast rozwija jedną dekonstruującą bajkę „Królewna Śnieżka” – i wygłasza sentencje. „Cała ludzka rasa ma coś między nogami, co może zostać odebrane” – mówi Henry’emu. W tym momencie, będąc na miejscu Henry’ego, walilibyśmy w kraty i krzyczeli o przeniesienie do innej celi, ale to tylko nasza perspektywa. Co do LaBeoufa, jego występ jest znakomity: niuansowy, świadomy, powściągliwy. Silna ręka Mameta wynosi go na nowe wyżyny.

Finałowa konfrontacja

Akcja ogranicza się do trzech scen, a ostatnia ma miejsce poza celą, ale wciąż w więzieniu, i obejmuje sytuację z zakładnikiem oraz strażnika więziennego, granego z godną podziwu pomysłowością przez Dominica Hoffmana, który mówi Henry’emu: „Musimy dokonać wyboru. Bo jaka jest alternatywa?” Surowy egzystencjalizm Mameta prowadzi do mrożącego krew w żyłach, a jednocześnie ponuro satysfakcjonującego finału w tym mistrzowsko zrealizowanym obrazie. Tekst może nie być klasycznym Mametem, ale stanowi prawdziwie wartościowe doświadczenie.

Redakcja QLTURALNIK

AUTHOR