James Taylor kontra własne piosenki - i dlaczego wolałbym go samego niż z zespołem
Recenzja koncertu 78-letniej legendy pod zamkiem w Edynburgu podsuwa mi niewygodne pytanie: czy artysta wciąż czuje to, co śpiewa? I czemu produkcja tak bardzo mu przeszkadza.
Czytam recenzję koncertu Jamesa Taylora pod zamkiem w Edynburgu i najbardziej zapada mi w pamięć nie muzyka, tylko jedno zdanie: że jego barytonowy głos brzmi pięknie, ale te stare piosenki chyba już nie unoszą jego serca tak, jak unoszą nasze.
To sedno całego zjawiska koncertów legend. Płacimy za nostalgię, której sam wykonawca może już nie odczuwać. Recenzent zauważa, że 78-letni Taylor śpiewa „Fire and Rain” bezbłędnie – tylko że dla niego to rutyna z dekad, a dla publiczności wciąż objawienie.
Mniej znaczy więcej
Ale prawdziwie kontrariański wniosek jest gdzie indziej. Według recenzji Taylor błyszczy najbardziej wtedy, gdy gra sam – obnażony, z gitarą. Zawodzą go dopiero dodatki: sprawny zespół bywa zbyt wygładzony, a wizualizacje w stylu AI są po prostu okropne.
To mnie nie dziwi. Im większa legenda, tym mocniej otacza ją produkcja, która ma zamaskować upływ czasu, a w efekcie tylko go podkreśla. Sztuczna oprawa krzyczy, że boimy się ciszy i pojedynczego głosu.
Wolałbym Taylora samego na scenie, nawet jeśli nie czuje już tych piosenek. Bo autentyczne jest właśnie to zmęczenie – nie kolejny slajd wygenerowany przez maszynę.


