Skip to content
muzyka

Linkin Park - "From Zero" - recenzja płyty: Powrót z nowym brzmieniem i niejednoznacznym efektem

3 min read
Updated:
qlturalnik-bf3709

Siedem lat po tragicznej śmierci Chestera Benningtona, fakt istnienia nowego albumu Linkin Park wydaje się niemal nierealny - nawet po dwóch miesiącach od ogłoszenia tej wiadomości. Dla wielu fanów jest to czysta magia, że zespół powrócił, teraz pod wodzą wokalistki Emily Armstrong i nowego perkusisty Colina Brittaina.

⭐⭐⭐

Debiut Armstrong w zespole wzbudził kontrowersje z powodu jej wcześniejszych powiązań z oskarżonym o gwałt Dannym Mastersonem (co szybko skomentowała) oraz ze względu na jej związek ze scjentologią. Jednak jej perfekcyjny wokal w utworze „The Emptiness Machine” od razu pokazał, że świetnie sobie radzi. Armstrong prowadzi zespół w nową erę, będąc głosem, który pozwala tej legendarnej grupie kontynuować działalność na scenie.

Zasłużenie największy rockowy hit 2024 roku, „The Emptiness Machine”, buduje napięcie od pierwszych dźwięków, gdy emocjonalny wokal Mike’a Shinody wprowadza charakterystyczną, gęstą ścianę dźwięku, po czym Armstrong prezentuje swoją siłę. Shinoda brzmi świeżo i energicznie w „Heavy Is The Crown” („Waving that sword when the pen won’t miss”), co przywołuje precyzyjny, surowy styl znany z „Faint”. Z kolei „Over Each Other” to pop-rockowy hymn stadionowy, który przypomina emocjonalne utwory Bring Me The Horizon z ostatnich lat.

Trzy pewne, ciężkie single są wsparte przez album, który jest nierówny i miejscami niezrozumiały. „Cut The Bridge” wypada blado i jest chaotycznie zbudowany - z refrenem, który prosi się o mocniejsze uderzenie. Shinoda w tym utworze brzmi nietypowo ociężale, zwłaszcza podczas mostka, który - paradoksalnie - powinien zostać wycięty. „Overflow” to ciemny popowy kawałek, który sprawia wrażenie odrzutu z niezbyt udanego albumu „One More Light” z 2017 roku. Mógłby brzmieć lepiej z nowoczesnym podkładem 808, ale mroczna interpretacja Armstrong ratuje dystopijny refren.

„Two Faced” to prawdziwy pretendent do najlepszego riffu zespołu od czasów „One Step Closer”. Charakterystyczne scratchowanie turntabli przebija się przez mostek, a Armstrong chwilami przypomina skrzeczący głos Jonathana Davisa z Korn („I can’t hear myself think”). „IGYEIH” pokazuje, że nikt nie wykonuje klasycznego stylu lepiej niż Linkin Park, jednak „Casualty” wypada sztucznie, z wymuszonym ciężarem, leniwym riffem i płaskim brzmieniem werbla. Do tego dochodzą nieudane growle Shinody, które w ironicznym nawiązaniu do tekstu („Put through the paces / But I got left behind”) rzeczywiście brzmią jak zostawione w tyle.

Kluczowe jest, aby „From Zero” traktować jako nowy początek - tytuł nawiązuje do dawnej nazwy zespołu, Xero. Porównania do ich dotychczasowej, w większości mistrzowskiej dyskografii, muszą uwzględniać miejsce, z którego narodził się ten album: z organicznej potrzeby Brada Delsona, Dave’a Farrella, Joe Hahna i Shinody do wspólnego tworzenia jako Linkin Park. Światowy rockowy krajobraz jest bogatszy, gdy Linkin Park jest jego częścią, a najlepsze momenty „From Zero” - mimo wad - potwierdzają dlaczego.

Redakcja QLTURALNIK

AUTHOR