Mam dość powrotów, które udają wielki powrót - i Ted Lasso też mi to zalatuje
Ted Lasso wraca z czwartym sezonem, który miał nie powstać. I choć trailer obiecuje ten sam uśmiech co zawsze, ja widzę w tym planie coś niepokojącego.
Premiera czwartego sezonu „Ted Lasso” zbliża się wielkimi krokami. Apple TV wypuściło już trailer, a w mediach znów robi się głośno o ulubionym trenerze piłkarskim z amerykańskim uśmiechem. Problem w tym, że nie umiem otrząsnąć się z wrażenia, iż ktoś tu cofa zegar, zamiast pozwolić serialowi skończyć się z klasą.
Przypomnijmy: przez lata twórcy powtarzali, że to historia zaplanowana na trzy sezony. Jason Sudeikis mówił o „three-season arc”. Brett Goldstein też zeznawał, że materiał był pisany na trzy. Serial dostał 13 nagród Emmy, 61 nominacji i stał się flagowym tytułem Apple’a, który wykręcił ponad 25 miliardów minut oglądania. Mógł zejść ze sceny po królewsku.
Nowa liga, te same nadzieje
Tymczasem w czwartym sezonie Ted ma trenować kobiecą drużynę drugiej ligi. Powracają Hannah Waddingham, Juno Temple, Brett Goldstein, Brendan Hunt i Jeremy Swift. Dochodzą nowe twarze: Tanya Reynolds, Jude Mack, Faye Marsay. Brzmi przyjemnie? Owszem. Brzmi też jak próba przedłużenia sukcesu o kolejną rundę bez wyraźnego pomysłu na rozwinięcie historii.
To, co w trailerze udaje naturalną ewolucję, w mojej głowie brzmi jak franchisingowe odświeżenie marki. Kobieca piłka nożna to świetny pomysł na osobny serial – ale dlaczego miałaby ratować sezon serii, która zamknęła wątek głównego bohatera? Ted wrócił do USA, pożegnał się z Richmond, a widzowie dostali satysfakcjonujący finał. Teraz producenci szukają pretekstu, by ściągnąć go z powrotem do Anglii, tym razem na trybuny kobiecej drugiej ligi.
Magia nie jest wieczna
Nie mam nic do samego serialu – uwielbiam pierwszą i drugą serię. Ale wiem, że Hollywood nauczyło się wyciągać martwe franczyzy z grobu, udając, że to jeszcze ten sam duch. 25 miliardów minut oglądania to potężny argument dla Apple’a, by zaryzykować. Tyle że ryzyko dotyczy nie tylko budżetu, ale też autorytetu serii.
Wielkie powroty rzadko bywają wielkie. Służą raczej platformom streamingowym do podbicia statystyk niż sztuce opowiadania. Ted Lasso zrobił karierę jako ciepła, szczera opowieść o przyzwoitości. W czwartym sezonie może okazać się serialem, który nie umie powiedzieć „dość”. I to boli bardziej niż każda porażka na boisku.


