Skip to content
muzyka

„Michael” - recenzja: wielki koncert, mały portret

4 min read
Updated:
„Michael” - recenzja: wielki koncert, mały portret

Film „Michael” Antoine’a Fuqui ma właściwie wszystko, czego potrzebuje widowisko o Michaelu Jacksonie: piosenki, choreografie, kostiumy, sceny koncertowe, mit gwiazdy i aktora, który potrafi niemal fizycznie przywołać obecność pierwowzoru. Nie ma jednak tego, czego potrzebuje dobra biografia: odwagi. To film efektowny, ale defensywny; głośny, ale płaski; zrobiony tak, jakby bardziej bał się utraty kontroli nad legendą, niż chciał ją naprawdę zrozumieć.

Na papierze to duże przedsięwzięcie: reżyseruje Antoine Fuqua, scenariusz napisał John Logan, a w roli Michaela występuje Jaafar Jackson, bratanek artysty. Metacritic podaje czas trwania 2 godziny 7 minut, kategorię PG-13 i premierę kinową 24 kwietnia 2026 roku; ten sam serwis notuje obecnie 38/100 na podstawie 30 recenzji, z tylko 5 pozytywnymi ocenami, 15 mieszanymi i 10 negatywnymi. Rotten Tomatoes pokazuje podobny obraz: 31% pozytywnych recenzji przy 77 tekstach krytyków, bez jeszcze realnego wyniku widowni.

Największą siłą filmu jest Jaafar Jackson. Z recenzji wyłania się dość spójny obraz: gdy „Michael” zamienia się w rekonstrukcję występu, choreografii albo ikonicznego momentu popkultury, film działa. Ruch, głos, sylwetka, nieśmiałość poza sceną i elektryczność na scenie - to elementy, które wielu krytyków uznało za najbardziej przekonujące. Rotten Tomatoes zebrał opinie, według których Jaafar „dźwiga” film właśnie dzięki zdolności odtworzenia scenicznej energii Michaela, a People podkreśla, że nawet krytycy niechętni filmowi często chwalą jego kreację oraz występ Colmana Domingo jako Joe Jacksona.

Problem polega na tym, że film bardzo szybko przestaje być portretem człowieka, a staje się muzeum legendy. Fuqua i Logan prowadzą historię przez znane punkty: dzieciństwo, Jackson 5, dominującego ojca, wejście w solową karierę, wielkie występy, narodziny ikony. Według „The Guardian” film przechodzi od początków Jackson Five do koncertu na Wembley w 1988 roku i kończy się sugestią, że „historia trwa dalej”; AP również wskazuje, że film kończy się przed najtrudniejszymi późniejszymi rozdziałami biografii Jacksona. To niby wybór narracyjny, ale w praktyce wygląda jak ucieczka.

Najpoważniejszy zarzut wobec „Michaela” nie brzmi: „film nie pokazuje wszystkiego”. Żaden film biograficzny nie pokazuje wszystkiego. Zarzut brzmi raczej: film pokazuje tylko to, co pozwala utrzymać wygodny mit. AP zwraca uwagę, że produkcja jest sankcjonowana przez estate Jacksona, a wśród producentów są wykonawcy jego majątku; tekst podkreśla też, że film nie odnosi się do późniejszych oskarżeń o wykorzystywanie seksualne dzieci, choć Jackson został w 2005 roku uniewinniony, a on sam i jego estate konsekwentnie podtrzymywali jego niewinność. To ważne, bo film nie musi wydawać wyroku, ale powinien umieć pokazać ciężar kontrowersji, przemilczeń i sprzeczności. Tutaj ten ciężar zostaje odsunięty poza kadr.

W efekcie „Michael” jest bardziej celebracją katalogu przebojów niż dramatem o artyście. RogerEbert.com ujął to wyjątkowo ostro, nazywając film „sfilmowaną playlistą w poszukiwaniu historii” i zarzucając mu brak złożonego zainteresowania samym Michaelem jako człowiekiem. Ten zarzut trafia w sedno. Film najwyraźniej rozumie, dlaczego Jackson był zjawiskiem muzycznym, ale nie rozumie - albo nie chce zrozumieć - dlaczego był też postacią dramatycznie trudną do opowiedzenia.

Colman Domingo jako Joe Jackson wydaje się jednym z niewielu aktorów, którym dano coś ostrego do zagrania. Krytycy często wskazują jego rolę jako najmocniejszy punkt obsady obok Jaafara. Ale nawet tu film idzie po linii najmniejszego oporu: ojciec jest tyranem, syn jest zranionym geniuszem, muzyka jest ucieczką, sukces jest triumfem. To materiał na klasyczny dramat rodzinny, lecz „Michael” zbyt często wybiera łatwy schemat zamiast psychologii. „The Guardian” krytykuje film za płytkość i za to, że postacie poboczne - matka, rodzeństwo, Quincy Jones - zostają sprowadzone do funkcji tła.

Najlepiej wypadają więc sceny, które najmniej potrzebują scenariusza: numery muzyczne, rekonstrukcje występów, momenty, w których ciało Jaafara Jacksona „opowiada” więcej niż dialogi. Ale to też pułapka. Jeśli najlepszym argumentem za filmem o Michaelu Jacksonie jest to, że przypomina, jak świetna była muzyka Michaela Jacksona, to film nie wnosi wiele ponad dobrze zmontowany koncert, teledysk albo dokumentalną kompilację.

„Michael” może działać na fanów. Może wzruszyć tych, którzy chcą jeszcze raz zobaczyć narodziny popowego fenomenu. Może nawet sprzedać emocję nostalgii bardzo skutecznie. Ale jako kino biograficzne jest zbyt ostrożny, zbyt kontrolowany i zbyt zainteresowany obroną legendy. To film, który pokazuje moonwalk, ale nie potrafi wejść w cień, jaki ten moonwalk rzucał.

Werdykt: „Michael” jest widowiskowy, chwilami magnetyczny i aktorsko interesujący dzięki Jaafarowi Jacksonowi, ale jako portret artysty pozostaje niepełny i wygładzony. To bardziej luksusowa hagiografia niż odważna biografia. Dla fanów - zapewne obowiązkowy seans. Dla widzów szukających prawdy, konfliktu i głębi - rozczarowanie.

Ocena: 2/5

Redakcja QLTURALNIK

AUTHOR