Nolan robi z upadku Troi ostrzeżenie dla nas - i to najsprytniejszy ruch w karierze reżysera Oppenheimera
Christopher Nolan bierze na warsztat Odyseję Homera, ale przekonuje mnie, że tak naprawdę kręci film nie o starożytnej Grecji, lecz o naszej obsesji na punkcie władzy i wojny. I dlatego zadziała.
Christopher Nolan opowiada, że jego „Odyseja” to jasny komunikat o kosztach wojny i krwiożerczych pogoniach za władzą. Brzmi jak banał, prawda? A jednak uważam, że to najsprytniejszy ruch w jego karierze – i wyjaśnię dlaczego.
Klasyka jako tarcza
Nolan mógłby nakręcić kolejnego „Oppenheimera” – dosłowną opowieść o współczesnym koszcie władzy. Ale zamiast tego sięga po tekst liczący blisko trzy tysiące lat. To nie ucieczka, to strategia.
Kiedy reżyser mówi wprost, że upadek Troi jest ostrzeżeniem dla nas wszystkich, robi coś, czego współczesne kino boi się jak ognia: otwarcie przyznaje, że film ma tezę. Nie „pozwala widzowi zdecydować”. Ma pogląd.
Antyk daje mu bezpieczną przestrzeń. Nikt nie oskarży Homera o polityczną agitację. A jednak każdy, kto ogląda dziś wiadomości, wie, o czym naprawdę jest opowieść o mieście, które płonie, bo garstka ludzi nie potrafiła odpuścić.
Dlaczego mit działa lepiej niż reportaż
Mam wrażenie, że przez ostatnią dekadę popkultura próbowała mówić o wojnie i władzy dosłownie – i coraz częściej się na tym wykładała. Filmy o aktualnych konfliktach starzeją się w tempie serwisu informacyjnego. Rok, dwa i już są archiwalne.
Mit nie ma daty ważności. Odyseusz wraca do domu przez dziesięć lat i ta podróż mówi tyle samo weteranowi z Iraku, co legioniście sprzed dwóch tysięcy lat. Nolan to rozumie i dlatego, jak sądzę, wybrał materiał, który nie zestarzeje się razem z nagłówkami.
Jest w tym też coś przewrotnego. Reżyser, którego kojarzymy z zabawą czasem – odwróconą chronologią, pętlami, splątanymi liniami narracji – sięga po najstarszą liniową opowieść o powrocie. Człowiek chce wrócić do domu. Reszta to przeszkody.
Krwiożercza pogoń za władzą brzmi znajomo
To sformułowanie z ust Nolana zatrzymało mnie na dłużej. „Krwiożercza pogoń za władzą” to nie jest język, którym mówi się o Homerze na lekcji polskiego. To język, którym opisujemy dzisiejszy świat.
I tu tkwi cały spryt. Nolan nie musi wskazywać palcem żadnego współczesnego przywódcy. Wystarczy, że pokaże Troję w płomieniach, a widz sam dopisze sobie resztę. Kino, które nie tłumaczy, tylko ufa, że widz połączy kropki.
Podejrzewam, że część publiczności przyjdzie na spektakl – gwiazdorska obsada, epicka skala, kamera formatu IMAX. I dobrze. Bo najlepsze ostrzeżenia to te, które przemycasz w rozrywce, na którą ludzie sami kupują bilet.
Czego się obawiam
Ryzyko jest jedno: że przy tak jasno postawionej tezie film zsunie się w kazanie. Nolan potrafi być dydaktyczny, a „Odyseja” z morałem wypisanym na czole byłaby rozczarowaniem.
Ale mam przeczucie, że akurat mit go przed tym uchroni. Homer nie dzieli świata na dobrych i złych – Odyseusz to bohater, który kłamie, morduje i przez własną pychę traci całą załogę. Jeśli Nolan zachowa tę moralną niejednoznaczność, dostaniemy coś więcej niż antywojenny plakat.
Dlatego czekam na ten film nie dla efektów, lecz dla jednego pytania: czy da się dziś zrobić kino, które ma odwagę mieć zdanie, i nie zamienić go w wykład. Jeśli komuś to wyjdzie, to właśnie temu reżyserowi, chowającemu współczesność za tarczą sprzed trzech tysięcy lat.


