Olivia Wilde poznała Muska, zanim stał się tym stworem - i to zdanie mówi o Dolinie Krzemowej więcej niż setki analiz
Reżyserka wspomina spotkanie z Elonem Muskiem sprzed lat, gdy wydawał się po prostu bystry. Mnie w tej anegdocie interesuje coś zupełnie innego niż plotka.
Olivia Wilde opowiedziała, że poznała Elona Muska, zanim – jak to ujęła – zamienił się w to stworzenie. Dodała, że nigdy nie przewidziałaby, że pójdzie tą drogą, bo sprawiał wrażenie naprawdę inteligentnego. Zdanie krótkie, ale zostało mi w głowie na dłużej niż zamierzałem.
Dlaczego akurat to zdanie mnie zatrzymało
Bo Wilde nie mówi tu o polityce ani o kryptowalutach. Mówi o czymś prostszym: że kiedyś ten człowiek wydawał się normalny, a potem coś się stało. I to „coś” jest ciekawsze niż sam Musk.
Mam wrażenie, że przez ostatnią dekadę hodowaliśmy kulturowy mit geniusza-technologa. Faceta, który wie lepiej, bo zbudował rakietę albo aplikację. Uwierzyliśmy, że inteligencja w jednej dziedzinie jest przepustką do mądrości we wszystkich pozostałych.
Wilde właśnie ten mit rozbraja jednym wspomnieniem. Bo skoro ktoś „wydawał się naprawdę bystry”, a mimo to poszedł tą drogą, to znaczy, że bystrość nikogo przed niczym nie chroni.
Popkultura sama sobie tego mita naprodukowała
Zastanawiam się, ile filmów i seriali dołożyło do tej legendy cegiełkę. Ekranowy miliarder-wizjoner to gatunek sam w sobie. Ekscentryczny, arogancki, ale zawsze o krok przed resztą, a jego chamstwo tłumaczymy geniuszem.
Sami wychowaliśmy widzów na przekonaniu, że facet w czarnym golfie albo z rakietą ma rację, nawet jeśli zachowuje się jak dupek. Że nieznośność to podatek od wielkości.
Musk był idealnym materiałem na taką postać, bo pasował do scenariusza, który już znaliśmy. Kariery gigantów technologii oglądaliśmy jak seriale o superbohaterach, z origin story i punktem zwrotnym. Problem w tym, że w prawdziwym życiu nikt nie pisze dla nich łuku redempcji.
Co robimy z bohaterami, którzy nas rozczarowują
Najbardziej intryguje mnie samo słowo, którego użyła Wilde: stworzenie. Nie „człowiek”, nie „osoba”, tylko coś, co się przemieniło. Jakbyśmy potrzebowali odczłowieczyć kogoś, w kogo wcześniej za bardzo uwierzyliśmy.
Robimy tak notorycznie. Najpierw budujemy figurę geniusza, potem, gdy zawiedzie, zamieniamy ją w potwora. Między tymi dwoma skrajnościami znika najważniejsze: że to był zwykły człowiek, któremu daliśmy za dużo władzy nad naszą wyobraźnią.
Wilde mówi też szerzej o mizoginii i o tym, jak zmienia się mężczyzn na oczach opinii publicznej. I to mnie interesuje bardziej niż osoba samego Muska. Bo pytanie brzmi nie „co się z nim stało”, tylko „dlaczego tak długo mu na to pozwalaliśmy”.
Lekcja, która wykracza poza plotkę
Ta anegdota nie jest o Musku. Jest o nas i o tym, jak łatwo kupujemy narrację o wyjątkowości. O tym, że gdy ktoś mówi pewnie i zbudował coś dużego, wyłączamy krytyczne myślenie.
Dziś obserwuję, jak ta sama maszyneria rozkręca się wokół twórców sztucznej inteligencji. Znów słyszę, że są tak bystrzy, że musimy im zaufać. Znów oglądam origin story, w którym geniusz jest usprawiedliwieniem dla wszystkiego.
Wilde dała mi przy okazji darmowe szczepienie na przyszłość. Następnym razem, gdy usłyszę, że ktoś jest zbyt inteligentny, żeby się mylić, przypomnę sobie, że nawet ludzie, którzy wydawali się naprawdę bystrzy, potrafią zamienić się w stwora. A my zwykle zauważamy to o dekadę za późno.


