Pixar dostał najmocniej w zwolnieniach Disneya - choć "Toy Story 5" właśnie wyciągnął im lato
Disney tnie kilkaset etatów, a Pixar obrywa najmocniej mimo hitu kinowego. Uważam, że to najsmutniejszy paradoks współczesnego przemysłu rozrywkowego: sukces przestał chronić twórców.
Disney potwierdził, że zwalnia kilkaset osób w wybranych funkcjach korporacyjnych – w tym w ESPN. Ale najgłośniej odbiło się gdzie indziej: Pixar dostał wyjątkowo mocno, choć latem święcił triumf z „Toy Story 5”. I to zdanie chodzi mi po głowie od rana.
Sukces przestał być tarczą
Zawsze wydawało mi się, że logika jest prosta: robisz hit, przynosisz kasę, więc jesteś bezpieczny. Pixar właśnie udowodnił, że ta umowa się zerwała. Można wypuścić blockbuster, wypełnić sale kinowe w środku lata i mimo to trafić pod nóż w tej samej firmie, którą się utrzymuje.
Bo cięcia dotyczą „funkcji korporacyjnych”, a nie samych animatorów rysujących Chudego. Tyle że dla mnie ta dystynkcja jest pozorna. Studio to nie tylko reżyserzy i rysownicy – to cały aparat ludzi, bez których film nie trafia do kina ani na Disney+.
Dziwi mnie, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do tej narracji. Netflix, Warner, Paramount, teraz Disney – każda z tych firm w ostatnich latach zwalniała w trakcie rekordowych wyników albo tuż po nich. Zysk płynie w górę, a ludzie znikają z dołu.
Płacimy za to my, widzowie
Myślę, że konsekwencje zobaczymy na ekranie za dwa, trzy lata. Pixar zbudował markę na tym, że traktował animację jak rzemiosło wymagające czasu – „Toy Story” powstawał latami, każda klatka miała swojego opiekuna. Kiedy tniesz ludzi wokół tego procesu, tniesz też cierpliwość, z jakiej rodziły się te filmy.
Mam wrażenie, że wchodzimy w epokę, w której korporacja rozrywkowa optymalizuje samą siebie na śmierć. Dosłownie: potrafi zabić kurę znoszącą złote jaja, bo kwartalny raport wymaga liczby zwolnień. Sukces „Toy Story 5” nie zapisał się jako argument „inwestujmy dalej”, tylko jako „skoro idzie dobrze, możemy przystrzyc”.
Nie chcę tu udawać, że znam wewnętrzne tabelki Disneya. Ale jako widz, który wychował się na Pixarze, czuję dziwny dysonans. Płaciłem za bilet, żeby wesprzeć studio, które właśnie zwalnia ludzi w dniu swojego triumfu.
Najbardziej boli mnie to, co ten ruch mówi o priorytetach. Kiedy nawet zwycięstwo nie chroni twórców, przestaję wierzyć, że gdziekolwiek w tej branży istnieje bezpieczna przystań. A film, który mnie wzruszył, powstał dzięki ludziom, których nazwiska właśnie zniknęły z listy płac.


