Skip to content
Kultura

Podróbki zespołów zarabiają miliony i ratują kluby - i przekonałem się, że to nie żaden wstyd

Amy Winehouse podaje mikrofon Robbiemu Williamsowi na jednym polu w Derbyshire. Tribute bandy wypełniają kalendarz brytyjskich klubów i generują miliony. A ja przestałem się z tego śmiać.

3 min read
Podróbki zespołów zarabiają miliony i ratują kluby - i przekonałem się, że to nie żaden wstyd

Na jednym polu w Derbyshire Amy Winehouse prosi o wodę, a Robbie Williams jej podaje. Obok Beastie Boys pozują do selfie, a nastolatki tworzą kółko przy Korn. Żadna z tych osób nie jest tą, za którą się podaje – i właśnie o to chodzi.

Guardian opisał zjawisko, które w Wielkiej Brytanii urosło do skali przemysłu. Tribute acts, czyli zespoły grające pod cudzą tożsamość, wypełniają kalendarze klubów i festiwali, generują miliony i – to najważniejsze zdanie z całego tekstu – wyciągają branżę koncertową na plus. Kiedyś śmiałbym się z tego pod nosem. Dziś uważam, że to jeden z najzdrowszych mechanizmów w muzyce na żywo.

Dlaczego kluby nie przetrwałyby bez podróbek

Matematyka jest brutalna. Prawdziwa gwiazda gra na arenie za kilkaset złotych od biletu, obsługiwana przez ekipę kilkudziesięciu osób, z rajderem, który sam kosztuje więcej niż tygodniowy utarg małego klubu. Zespół coverujący Oasis czy Queen zmieści się w busie, weźmie ułamek stawki i wypełni salę na 300 osób w mieście, do którego oryginał nigdy nie zajedzie.

To nie jest konkurencja dla oryginałów – to jest rynek, którego oryginały nie obsługują. Nikt w Zabrzu czy w mniejszym angielskim miasteczku nie zobaczy Winehouse, bo ona nie żyje, a Fleetwood Mac już nie jeżdżą. Tribute band jest jedyną wersją tego koncertu, jaka istnieje.

Brytyjska scena klubowa od lat balansuje na krawędzi. Rosnące czynsze, drożejąca energia, koszty ochrony i ubezpieczeń zamykają lokale jeden po drugim. Wieczór z solidną podróbką Abby to przewidywalny, wyprzedany bilet – a przewidywalność w tej branży jest walutą droższą od prestiżu.

Nostalgia jest towarem, nie wstydem

Długo miałem opór. Wydawało mi się, że słuchanie faceta udającego Freddiego Mercury’ego to jakiś rodzaj kapitulacji, godzenie się na kopię zamiast oryginału. Ale przestałem myśleć o tym w kategoriach autentyczności, a zacząłem w kategoriach doświadczenia.

Ludzie nie idą tam po iluzję, że oto naprawdę stoi przed nimi zmarła gwiazda. Idą po piosenki, które znają na pamięć, zaśpiewane głośno, na żywo, w tłumie, który zna je tak samo. To rytuał wspólnotowy, nie oszustwo. Podobnie działa karaoke, tyle że tu na scenie stoi ktoś, kto to naprawdę potrafi.

Guardian zwraca uwagę na cenę, jaką płacą sami wykonawcy. Wcielanie się latami w cudzą postać, cudzy głos, cudzą tragedię – bo wielu z tych oryginałów już nie ma – to obciążenie, o którym mało kto myśli, kupując bilet. Aktor wraca do siebie po spektaklu. Podróbka gwiazdy bywa nią przez dekadę występów.

Czy podróbki wypychają nowych artystów

To pytanie w tekście wraca i jest uczciwe. Skoro klub może wypełnić salę pewniakiem grającym cudze hity, to po co ryzykować wieczór z nieznanym, oryginalnym zespołem, który przyciągnie może trzydzieści osób?

Nie mam na to prostej odpowiedzi. Widzę realne niebezpieczeństwo, że rynek nauczy się wygody i przestanie karmić nowe głosy. Ale widzę też drugą stronę: klub, który dzięki tribute bandom w ogóle przetrwa, może potem sobie pozwolić na wieczór eksperymentalny. Podróbka finansuje ryzyko.

Może więc problem leży nie w podróbkach, tylko w tym, że kultura na żywo jest tak niedofinansowana, że musi się ratować cudzą nostalgią. Śmiałem się z człowieka udającego Amy Winehouse, a to on trzyma światła w klubie, w którym za rok zagra ktoś zupełnie nowy.

Redakcja QLTURALNIK

AUTHOR