Skip to content
Kultura

Ryan Reynolds obiecuje kolejnego Deadpoola z komiksowych 'głębokich cięć' - i to jedyna droga, która ma sens

Reynolds mówi o kontynuacji opartej na niszowych wątkach z komiksów. Uważam, że to najmądrzejsze, co mógł powiedzieć – i najbardziej ryzykowne dla Marvela.

3 min read
Ryan Reynolds obiecuje kolejnego Deadpoola z komiksowych 'głębokich cięć' - i to jedyna droga, która ma sens

Ryan Reynolds potwierdził na panelu Fanatics Fest, że kolejny film o Deadpoolu „kiedyś” powstanie. Ale to nie sama zapowiedź mnie zatrzymała, tylko jedno słowo: „deep cuts”, czyli głębokie cięcia z komiksów, których – jego zdaniem – w kinie jeszcze zabrakło.

Dlaczego to zdanie brzmi jak deklaracja niepodległości

Reynolds nie powiedział „zrobimy większy film”. Nie obiecał kolejnego crossovera z połową rostera Marvela. Powiedział, że brakuje mu niszowych wątków z papieru – rzeczy, które zna garstka ludzi czytających komiksy od dekad.

I to jest deklaracja niepodległości wobec logiki, którą Marvel narzucił kinu na dobre dziesięć lat. Logiki, w której każdy film jest zapowiedzią następnego, a bohater to nie postać, tylko węzeł w gigantycznej mapie połączeń.

Deadpool zawsze był poza tym systemem. „Deadpool & Wolverine” udowodnił, że da się zarobić miliard dolarów, jednocześnie kpiąc z korporacyjnej maszynerii, która ten miliard produkuje. To był film o tym, jak Marvel wchłania wszystko – i który sam został wchłonięty.

Głębokie cięcia to zaproszenie tylko dla wtajemniczonych

Tu robi się ciekawie. Bo „deep cuts” to strategia dokładnie odwrotna do tej, którą kino superbohaterskie stosowało przez lata. Zamiast opowiadać najszerzej, żeby trafić do każdego widza na planecie, Reynolds chce sięgnąć po rzeczy, których większość publiczności nie zna.

To zaproszenie dla wtajemniczonych. I wcale nie jestem pewien, czy dzisiejszy Marvel na to pozwoli, bo cały jego model biznesowy opiera się na czymś przeciwnym – na tym, żeby nikt nie czuł się wykluczony z zabawy.

Ale właśnie dlatego mi się to podoba. Bo kiedy popkultura próbuje objąć wszystkich naraz, kończy się gładką papką, którą się ogląda i zapomina w drodze do samochodu. A rzeczy niszowe, dziwne, robione dla kilkuset zapaleńców – one zostają.

Nostalgia za czasami, gdy komiks był tajemnicą

Pamiętam czasy, kiedy wiedza komiksowa była walutą. Wiedziałeś, kim jest Cable, zanim ktokolwiek zrobił z niego film, i to coś znaczyło w rozmowie. Dziś każdy zna każdego bohatera z trailera, memu albo TikToka.

Marvel zdemokratyzował komiks do tego stopnia, że przestał być tajemnicą. To ogromny sukces finansowy i jednocześnie ogromna strata dla tych, którzy lubili grzebać w archiwach. Deadpool zawsze był postacią dla grzebaczy – powstał w latach 90., jako parodia mrocznych antybohaterów tamtej epoki.

Kiedy Reynolds mówi o głębokich cięciach, słyszę tęsknotę za tym, że komiks znowu mógłby coś ukrywać. Że nie wszystko musi być natychmiast zrozumiałe dla widza z Bombaju, Berlina i Buffalo w tym samym seansie.

Ryzyko, które opłaca się podjąć

Oczywiście istnieje pułapka. „Deep cuts” łatwo mogą się zamienić w festiwal odniesień dla samych odniesień – w film, który zamiast opowiadać historię, mruga do widza tak intensywnie, że dostaje tiku nerwowego.

Reynolds już balansuje na tej granicy od pierwszego „Deadpoola”. Czasem wygrywa, czasem przesadza. Ale przynajmniej próbuje czegoś innego niż kolejne resetowanie osi czasu.

Wolę bohatera, który ryzykuje niezrozumienie, niż dziesięciu, którzy grzecznie tłumaczą fabułę poprzedniego filmu. Jeśli przyszły Deadpool ma być zbudowany z rzeczy, których nikt nie zna – to znaczy, że ktoś w tej maszynie wciąż chce mnie zaskoczyć. A o to w kinie chodzi.

Redakcja QLTURALNIK

AUTHOR