Sąd wstrzymał fuzję Paramount i Warner Bros. wartą 111 mld dolarów - i po cichu kibicuję, żeby się nie udała
Fuzja za 111 miliardów dolarów miała stworzyć giganta zdolnego postawić się Netfliksowi. Tymczasowy zakaz sądu daje nam chwilę oddechu – i pretekst, żeby zapytać, czy naprawdę chcemy jeszcze mniej firm decydujących o tym, co oglądamy.
Sąd w USA przyznał tymczasowy zakaz blokujący fuzję Paramount i Warner Bros., po tym jak grupa stanów pozwała, by powstrzymać transakcję wartą 111 miliardów dolarów. To dopiero początek batalii antymonopolowej – ale ja odetchnąłem z ulgą.
Bo mam coraz silniejsze wrażenie, że nie potrzebujemy kolejnego molocha. Potrzebujemy czegoś zupełnie odwrotnego.
Uwielbiam te studia – i właśnie dlatego nie chcę, żeby były jednym
Warner Bros. to sto lat historii kina: Kubrick, Nolan, Scorsese, cała biblioteka HBO. Paramount to „Ojciec chrzestny”, „Chinatown”, „Star Trek”. Każde z nich ma osobowość, osobny gust, osobną tradycję.
Kiedy dwie takie tożsamości zlewają się w jeden bilans, ginie nie tylko konkurencja. Ginie różnica zdań. A kultura popularna żyje właśnie z tego, że ktoś w jednym studiu mówi „tak”, kiedy w drugim padło „nie”.
Fuzje sprzedaje się nam zawsze tym samym hasłem: skala, synergia, siła w starciu z Netfliksem. Tyle że skala rzadko oznacza więcej dobrych filmów. Częściej oznacza więcej sequeli sprawdzonych marek i mniej ryzyka.
Widziałem już ten film – i skończył się kasowaniem gotowych produkcji
Pamiętam poprzednią wielką fuzję w tej branży i to, co po niej nastąpiło: gotowe filmy znikały z półki dla ulgi podatkowej, całe seriale kasowano, biblioteki przetrzebiano jak magazyn przed remanentem. Widz był w tym równaniu ostatni.
Dlatego 111 miliardów dolarów brzmi dla mnie mniej jak inwestycja w kulturę, a bardziej jak operacja finansowa, w której filmy są aktywem, nie dziełem. A kiedy dzieło staje się aktywem, zawsze przegrywa z arkuszem kalkulacyjnym.
Tymczasowy zakaz sądu tego nie rozstrzyga. Ale kupuje czas – i przypomina, że prawo antymonopolowe wciąż potrafi zapytać: komu to właściwie służy?
Mniej firm to mniej wyboru, nawet jeśli katalog rośnie
Paradoks streamingu polega na tym, że im większe firmy, tym mniej realnego wyboru. Katalog puchnie, ale decyzje o tym, co w ogóle powstanie, podejmuje coraz węższe grono ludzi patrzących na te same tabelki.
Płacę abonamenty za kilka serwisów i coraz częściej mam poczucie, że wszystkie proponują mi wariacje tego samego. Kolejny uniwersum, kolejny reboot, kolejny „powrót ulubionej marki”. Konkurencja między studiami jest jedną z niewielu sił, które wciąż wymuszają odwagę.
Bo kiedy rywal może cię wyprzedzić czymś świeżym, opłaca się ryzykować. Kiedy rywala już nie ma – opłaca się tylko nie stracić.
Kibicuję sądowi, choć wiem, że to nie moja bajka
Zdaję sobie sprawę, że batalie antymonopolowe brzmią nudno i toczą się daleko od moich seansów. Ale ich stawka jest bardzo namacalna: to, ilu ludzi w ogóle decyduje, jakie historie do nas trafią.
Nie łudzę się, że tymczasowy zakaz uratuje kino. Rynek i tak zmierza w stronę koncentracji, a Netflix nie zwolni. Ale każdy odroczony megadeal to jeszcze jeden sezon, w którym dwa różne studia muszą się starać osobno.
I dlatego po cichu kibicuję, żeby ta fuzja się nie udała. Nie z niechęci do wielkich firm, tylko z egoizmu widza – który chce, żeby ktoś jeszcze walczył o jego uwagę.


