Thor kontra Doktor Doom w nowym zwiastunie Doomsday - i mam wrażenie, że Marvel prosi mnie o wybaczenie
Nowy zwiastun Avengers: Doomsday pokazuje Thora walczącego z Doktorem Doomem i powrót Steve’a Rogersa. Ale za tą feerią efektów kryje się coś ciekawszego niż kolejna wojna superbohaterów.
Nowy zwiastun „Avengers: Doomsday” właśnie pokazał Thora w starciu z Doktorem Doomem oraz powrót Steve’a Rogersa. „Będziemy potrzebować cudu” – mówi Chris Hemsworth. I to zdanie pasuje do Marvela bardziej, niż studio pewnie chciało.
Cud, którego Marvel naprawdę potrzebuje
Nie chodzi mi o fabułę. Chodzi o to, że Marvel od kilku lat wygląda jak człowiek, który zbyt szybko urósł i teraz nie mieści się we własnych ubraniach. Za dużo seriali, za dużo filmów, za dużo wątków, które trzeba nadrobić, żeby cokolwiek zrozumieć.
Dlatego kiedy widzę Thora walczącego z Doomem, nie czuję ekscytacji jak dekadę temu. Czuję coś w rodzaju czujnej litości. Jakby ten zwiastun był nie zapowiedzią, tylko gestem pojednania. Marvel mówi: pamiętacie, jak było fajnie? Dajcie nam jeszcze jedną szansę.
I tu jest mój kontrariański punkt. Uważam, że powrót Steve’a Rogersa nie jest prezentem dla widza. Jest przyznaniem się do porażki. Bo skoro największą kartą przetargową na 2026 rok jest postać, którą pożegnaliśmy w 2019, to znaczy, że nic nowego z tego uniwersum nie chwyciło tak mocno.
Nostalgia jako waluta, która się kończy
Zauważyłem, że popkultura coraz częściej płaci nam nostalgią zamiast pomysłem. „A Different World” wraca po latach, Sanrio ląduje na Disney+, a Marvel reaktywuje Steve’a Rogersa. Wszędzie ten sam mechanizm – sprzedaj mi moje własne wspomnienie, tylko w wyższej rozdzielczości.
Problem w tym, że nostalgia to waluta, która się dewaluuje przy każdym przedruku. Za pierwszym razem wzruszenie jest prawdziwe. Za piątym to już tylko odruch, jak klaśnięcie na komendę.
A jednak przyznaję się do własnej słabości. Obejrzałem ten zwiastun dwa razy. Za drugim głównie po to, żeby sprawdzić, czy Hemsworth wciąż potrafi zagrać Thora tak, żeby było w tym coś więcej niż mięśnie i żart. Potrafi. I to jest jedyny prawdziwy cud w tym materiale.
Doktor Doom w wykonaniu Roberta Downeya Jr. to ruch odważny i cyniczny zarazem – twarz, którą kochaliśmy jako Iron Mana, wraca jako złoczyńca. Genialne albo rozpaczliwe, zależy od dnia.
Kupię bilet. Oczywiście, że kupię. Ale idę do kina nie po nowego bohatera, tylko po pogrzeb pewnej epoki. I mam wrażenie, że Marvel doskonale o tym wie.


