Twórca Invincible mówi, że nie ma zmęczenia superbohaterami - jest tylko złe pisanie i myślę, że ma rację
Robert Kirkman uważa, że widzowie wciąż kochają superbohaterów, tylko mają dość leniwych scenariuszy. Sprawdzam, czy to wygodna wymówka, czy diagnoza, której Hollywood boi się usłyszeć.
Robert Kirkman, współtwórca Invincible, właśnie powiedział coś, co brzmi jak herezja w erze wielkich flopów Marvela: nie istnieje żadne zmęczenie superbohaterami. Istnieje tylko złe pisanie. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej się z nim zgadzam.
Zmęczenie to za wygodne słowo
Uwielbiam pojęcie zmęczenia gatunkiem, bo zwalnia wszystkich z odpowiedzialności. Studio nie musi pytać, czy scenariusz miał sens – wystarczy wzruszyć ramionami i powiedzieć, że ludzie mają dość peleryn.
Kirkman celuje dokładnie w ten unik. Jeśli widzowie faktycznie byliby przesyceni, nie oglądaliby jego Invincible w kółko, nie robiliby memów z Homelandera, nie czekaliby na kolejny sezon Peacemakera. Przesyt nie wygląda jak entuzjazm.
Mam wrażenie, że mylimy dwie rzeczy. Zmęczenie liczbą premier to nie to samo co zmęczenie samą ideą człowieka w kostiumie ratującego świat. Pierwsze to problem kalendarza. Drugie to mit.
Problemem nie jest superbohater, tylko obojętność
Kiedy patrzę na produkcje, które padły, widzę wspólny mianownik: nie były o niczym. Postacie bez pragnień, konflikty bez stawki, żarty w miejscach, gdzie powinno boleć. Kostium nie jest tu winowajcą – jest tylko przebraniem dla pustki.
Invincible działa, bo Kirkman traktuje przemoc serio i pozwala bohaterom przegrywać naprawdę. To nie kwestia gatunku, tylko odwagi w pisaniu. Ta sama zasada tłumaczy, czemu jedne kryminały nas wciągają, a inne wyłączamy po dziesięciu minutach.
Boję się jednej rzeczy. Jeśli branża uwierzy w zmęczenie superbohaterami, wyciągnie z tego najgorszy możliwy wniosek: trzeba robić mniej, taniej i bezpieczniej. A bezpieczne pisanie to właśnie to, co ludzi odrzuca.
Wolałbym, żeby ktoś powiesił słowa Kirkmana nad każdym pokojem scenarzystów. Nie dlatego, że kocham peleryny, tylko dlatego, że kocham dobrze opowiedzianą historię – a superbohater jest tylko pretekstem, żeby ją opowiedzieć głośno.
Publiczność nie odeszła od gatunku. Po prostu przestała nadstawiać drugiego policzka na kolejny film, który sam w siebie nie wierzy.


