Uważam, że Red Dead Redemption 2 to arcydzieło, przy którym się nudzę - i to wcale nie sprzeczność
Polygon nazwał kowbojski hit Rockstara nudną, kiepską grą. Nie zgadzam się z werdyktem, ale rozumiem, skąd się bierze – i uważam, że mówi coś ważnego o tym, jak dziś gramy.
Osiem lat po premierze Polygon wystawił Red Dead Redemption 2 zaskakujący werdykt: technicznie imponujące, ale nudne, więc w gruncie rzeczy niezbyt dobre. Odruch fana każe krzyczeć herezja. Mnie każe się zatrzymać.
Bo w tej prowokacji jest ziarno prawdy, którego nikt nie chce wypowiedzieć na głos. RDR2 jest wolne. Celowo, uparcie, boleśnie wolne. Konie trzeba nakarmić, skóry zdjąć, zupę zjeść, a droga na drugi koniec mapy trwa tyle, co realny spacer.

Nuda jest tu funkcją, nie błędem
I tu jest cały haczyk. Rockstar nie zaprojektował rozrywki – zaprojektował rytm życia. Ta gra nie chce, żebyś się dobrze bawił co dwie minuty. Chce, żebyś zwolnił.
Problem w tym, że my już nie umiemy. Gramy między jednym powiadomieniem a drugim, z telefonem na kolanie, licząc frajdę na minutę jak zwrot z inwestycji. W takim trybie RDR2 rzeczywiście jest nudne – bo obnaża, jak bardzo rozrywka wytresowała nas na natychmiastową nagrodę.
Dlatego uważam, że recenzja Polygonu mówi mniej o grze, a więcej o nas. Red Dead nie jest zły. To my przestaliśmy mieć cierpliwość, której wymaga.


