Uważam, że w Baldur's Gate 3 to nadmiar wyborów psuje opowieść - i sam to na sobie sprawdziłem
Wszyscy chwalą pisanie w Baldur’s Gate 3. A ja mam wrażenie, że im więcej ścieżek dostaję, tym mniej naprawdę czuję każdą z nich.
Baldur’s Gate 3 to według wszystkich wzór narracji w grach. A ja mam coraz większe przekonanie, że to właśnie ten legendarny nadmiar wyborów podkopuje samą opowieść.
Brzmi jak herezja, wiem. Ale przypomnijcie sobie, ile razy po ważnej decyzji odruchowo sięgaliście po zapis, żeby zobaczyć drugi wariant. To nie jest zanurzenie w historii – to zwiedzanie menu opcji.
Kiedy wszystko jest odwracalne, nic nie waży
Dobra opowieść żyje z konsekwencji. Jeśli wiem, że każdą tragedię mogę cofnąć jednym klikiem, to śmierć postaci przestaje być stratą, a staje się przypisem. Wybór bez ceny to nie wybór, tylko test wersji.
Paradoksalnie najmocniejsze momenty przeżyłem tam, gdzie gra mnie ograniczała – gdzie musiałem żyć z tym, co spartaczyłem. To wtedy fabuła była moja, a nie jedną z dwudziestu równoległych.
Podejrzewam, że mylimy rozmach z głębią. Setki rozgałęzień robią wrażenie w recenzji i w liczbach na Steamie, ale emocjonalnie rozcieńczają każdą pojedynczą scenę.
Nie chcę mniej swobody. Chcę, żeby swoboda coś kosztowała. Bo najlepiej zapamiętane historie to te, których nie dało się przewinąć.


