Wham! zagrali w Chinach w 1985 i zmienili życie milionom - i dziś rozumiem, że koncert bywa większy niż muzyka
Nowy dokument pokazuje, co naprawdę zrobił jeden koncert Wham! w komunistycznych Chinach. Andrew Ridgeley mówi wprost: to zmieniło ludzi. A ja zaczynam myśleć, że najważniejsze koncerty w historii wcale nie były o piosenkach.
Andrew Ridgeley, ta cichsza połowa Wham!, powiedział w związku z nowym dokumentem coś, co nie daje mi spokoju: koncerty zespołu w Chinach zmieniły ludziom życie. Nie sprzedaż, nie listy przebojów – życie. I im dłużej o tym myślę, tym mocniej czuję, że mylimy się, oceniając wielkie koncerty przez pryzmat setlisty.
Rok 1985, kraj, który dopiero się otwiera
Wham! zagrali w Chinach jako pierwszy zachodni popowy zespół w czasach, gdy kraj ledwie uchylał drzwi na świat. Wyobraź sobie salę pełną ludzi, którzy nigdy nie widzieli takiego widowiska, nie znali tych piosenek na pamięć, nie mieli winyli w domu.

Dla mnie, wychowanego na kulturze, w której koncert to element playlisty odtwarzanej wcześniej sto razy, to obraz prawie nie do pojęcia. Tam muzyka nie była tłem znanym z radia. Była wydarzeniem, które wpadało w życie jak meteoryt.
Dlaczego nie chodziło o George’a Michaela
Łatwo opowiadać tę historię jako triumf zachodniej muzyki. Ale Ridgeley nie mówi o hitach, tylko o wpływie na ludzi. I to jest sedno, które umyka w naszych rozmowach o gwiazdach.
Koncert w takim miejscu i takim czasie nie jest recenzją wykonania. Jest sygnałem: świat na zewnątrz istnieje, jest kolorowy, można się w nim ubierać jak chce, tańczyć jak chce, być głośnym. To informacja polityczna przemycona w formie zabawy dla nastolatków.
Zachodni pop w 1985 roku w Chinach był czymś w rodzaju uchylonego okna. Nie musiał nikogo przekonywać argumentami. Wystarczyło, że pokazał inny sposób istnienia.
Dzisiaj koncert to znów wydarzenie – ale z innego powodu
Uderza mnie, jak bardzo współczesna branża wraca do słowa wydarzenie. Kina walczą o widza eventyzacją seansów, a artyści budują trasy jako doświadczenia, których nie da się streamować. Metallica idzie do Sphere w Las Vegas, żeby dać coś, czego nie zmieścisz w słuchawkach.

Różnica jest jednak fundamentalna. W 1985 roku w Chinach koncert był rzadki, bo świat był zamknięty. Dziś koncert jest cenny, bo świat jest przesycony. Mamy wszystko na wyciągnięcie kciuka, więc płacimy za to, czego nie da się skopiować – za bycie w tłumie, w tej samej chwili, z tymi samymi ludźmi.
To ta sama tęsknota, tylko odwrócona. Kiedyś koncert łamał niedobór bodźców. Dziś ratuje nas przed ich nadmiarem.
Czego mnie to uczy o pamięci
Zastanawiam się, ile z moich najmocniejszych wspomnień muzycznych to w ogóle muzyka, a ile to okoliczności. Pierwszy koncert, na który poszedłem z ojcem. Festiwal w deszczu, na którym poznałem kogoś ważnego. Piosenka mniej istotna niż to, kto stał obok.
Dokument o Wham! w Chinach przypomina, że muzyka bywa tylko pretekstem. Prawdziwą treścią jest to, co robi z ludźmi zebranymi w jednym miejscu – i co ci ludzie zabierają ze sobą do domu.
Ridgeley mógł chwalić się rekordami. Zamiast tego mówi o zmienionym życiu. I to jest, moim zdaniem, najuczciwsza recenzja koncertu, jaką można wystawić – bo nie mówi nic o dźwiękach, a wszystko o tym, po co w ogóle ich słuchamy.


