Skip to content
film

WIELKI MARTY - Recenzja: Nerwowa odyseja po amerykańskim śnie

Gdy ambicja staje się zarówno paliwem, jak i trucizną.

8 min read
Updated:
WIELKI MARTY - Recenzja: Nerwowa odyseja po amerykańskim śnie

Josh Safdie po raz pierwszy od „Nieoszlifowanych diamentów” staje samotnie za kamerą, bez brata Benny’ego u boku.

I choć można było obawiać się, że ta separacja artystyczna osłabi charakterystyczną dla duetu energię, „Wielki Marty” udowadnia, że właśnie Josh był głównym architektem ich nerwowego, chaotycznego stylu. Film to sprawnie wyreżyserowana opowieść o tableteništie Martym Mauserze, luźno inspirowana życiem słynnego gracza Marty’ego Reismana, która łączy w sobie intensywność kina sportowego z brutalnością studium charakteru zepsutego narcyza.

Już od pierwszych sekund – gdy otwierająca sekwencja pokazuje tysiące komórek Marty’ego atakujących komórkę jajową Rachel w groteskowej wizualizacji CGI – zostajemy wrzuceni w świat, gdzie wszystko jest walką, wyścigiem, wyprzedzeniem rywala. To metafora trafniejsza niż mogłoby się wydawać: Marty musi być pierwszy, nawet jeśli oznacza to zdeptanie każdego, kto stoi mu na drodze.

Timothée Chalamet na szczycie możliwości

Chalamet tworzy kreację, która może zdefiniować tę fazę jego kariery. Marty Mauser to nie kolejny wrażliwy młodzieniec z wyrazistą szczęką – to wygadany, sprytny hochsztapler z dolnego East Side, który sprzedałby buty amputantowi i nie mrugnąłby przy tym okiem. Aktor grający zazwyczaj postaci o delikatnej konstrukcji psychologicznej, tutaj uwalnia całkowicie inną stronę swoich możliwości – energiczną, frenetyczną, graniczącą z manią.

Widzowie, którzy znali Chalameta z „Tamte dni, tamte noce”, „Diuny” czy nawet „Lady Bird”, mogą być zaskoczeni: ten Marty jest niemożliwy do polubienia, a jednocześnie magnetyczny. Ma w sobie tę samą jakość, która charakteryzowała Adama Sandlera w „Uncut Gems” – desperację przebijającą przez każdą porę skóry, nieustanną potrzebę ruchu naprzód, nawet jeśli „naprzód” oznacza skok w przepaść.

Chalamet trenował tenisa stołowego przez lata przygotowań do roli i widać to w każdym geście. Gdy przemyka wokół stołu, wymachując rakietką z zawadiacką gracją, nie potrzebuje zbliżeń, by wydawać się większy niż życie. W tych momentach film przypomina szachy grane z prędkością światła – wszystko atak, zero defensywy, czysta ofensywa.

Struktura jako chaos kontrolowany

„Wielki Marty” to film sportowy tylko teoretycznie. Faktycznie otrzymujemy pingpongową klamrę – dwa pojedynki między Martym a jego nemezis, Japończykiem Koto Endo. Ale między tymi meczami rozgrywa się dwugodzinny maelstrom dygresji, romansów, cwaniactwa i przemocy, który zajmuje przeszło dwie trzecie metrażu.

Konstrukcja scenariusza autorstwa Safdie i Ronalda Bronsteina to majstersztyk żonglerki. W powietrzu unosić się wydają setki wątków – rachunki do spłacenia, kobiety do uwodzenia, sojusze do zawarcia, враги do pokonania – a mimo to żaden nie upada. Film rzuca piłkami, kręglami, szczeniakami i włączonymi piłami łańcuchowymi jednocześnie, by w finale wszystko złapać z precyzją godną cyrkowego artysty.

Ten chaos jest zamierzony. Świat Marty’ego to świat, w którym wszystko dzieje się naraz, w którym cisza jest podejrzana, a spokój – wstępem do katastrofy. Safdie buduje napięcie nie poprzez dramaturgiczne crescendo, ale poprzez nieustanne utrzymywanie widza w stanie emocjonalnego zadyszenia. I to działa – dwuipółgodzinny seans przelatuje jak godzina.

Nowy Jork lat 50. jako piekło pełne blasku

Safdie i jego współpracownicy – scenograf Jack Fisk oraz operator Darius Khondji – kreują Nowy Jork lat pięćdziesiątych z miłością, ale bez sentymentalizmu. To miasto pełne kontrastów: ciasne kamienice żydowskiego East Side, obskurne hotele, przetłoczone bary obok wystawnych apartamentów midtown.

Khondji, który współpracował już z Safdiem przy „Uncut Gems”, filmuje na taśmie 35mm przy użyciu vintage’owych obiektywów anamorficznych Panavision, co nadaje obrazowi ziarnistą, nasączoną teksturę. Kamera trzymana jest często bardzo blisko twarzy aktorów, niemal jak lupa przystawiona do ich oczu – widzimy każdą kroplę potu, każde drżenie powieki. To kino fizyczne, odczuwalne niemal zmysłowo.

Warto zwrócić uwagę na zaskakujące decyzje dźwiękowe. Safdie przeplata jazzowe, periodyczne kompozycje z new wave’owymi klasykam lat osiemdziesiątych – „Forever Young” Alphaville, utworami New Order. To anachronizm celowy: Marty nie jest bohaterem z przeszłości, to archetypiczny amerykański hochsztapler, który równie dobrze mógłby działać w 2026 roku. Film mówi nam: cwaniactwo, ambicja i brak moralnych zahamowań to wartości ponadczasowe.

Wspaniała obsada drugoplanowa

Choć Chalamet dominuje ekran, nie jest tam sam. Gwyneth Paltrow w roli Kay Stone – wyblakłej gwiazdy Hollywood uwięzionej w małżeństwie z bogatym przemysłowcem – gra z powściągliwą elegancją, która stanowi doskonały kontrast dla frenetycznej energii Marty’ego. Jej postać pojawia się jak emisariuszka z innego świata, świata luksusu i starych pieniędzy, a ich romans to zderzenie dwóch niemożliwych do pogodzenia światów.

Tyler Okonma (znany jako Tyler, the Creator) w roli Wally’ego, partnera Marty’ego w drobnych przekrętach, wnosi do filmu naturalną swobodę i komediowe wyczucie czasu. Odessa A’zion jako Rachel, dziewczyna Marty’ego, jest skazana na mękę bycia kobietą kochającą egoistę – i A’zion gra tę rolę z dotkliwą autentycznością.

Nie można też pominąć Abel Ferrery w roli nowojorskiego twardziela – casting idealny, jak gdyby sam duch Nowego Jorku lat osiemdziesiątych wcielił się w ekranową postać. A Fran Drescher jako przytłaczająca matka Marty’ego dostarcza momentów komediowej ulgi, choć nawet te sceny są naznaczone napięciem.

Soundtrack jako puls opowieści

Daniel Lopatin (znany również jako Oneohtrix Point Never), stały współpracownik Safdie, skomponował ścieżkę dźwiękową, która pulsuje jak tętno w ataku paniki. To syntezatorowy, lata-osiemdziesiątowy beat, który przywołuje skojarzenia z „Good Time” i „Uncut Gems”, ale także z Tangerine Dream i wczesnymi soundtrackami Johna Carpentera.

Muzyka napędza film do przodu z nieubłaganym rytmem. W momentach, gdy akcja się zagęszcza, soundtrack się wzmaga, budując presję niczym szybujące bpm w klubowym remiksie. Niektórzy widzowie narzekali, że muzyka jest zbyt głośna, że zagłusza dialogi – ale to właśnie zamiar. Safdie chce, byśmy czuli się przytłoczeni, byśmy doświadczyli świata Marty’ego jako ataku na zmysły.

Film o amoralności, który nie potępia

Co wyróżnia „Wielkiego Marty’ego” na tle typowych filmów o sportowych underdog’ach, to jego odrzucenie prostych moralnych lekcji. Marty nie jest bohaterem do naśladowania. Jest egoistą, który traktuje ludzi instrumentalnie – wykorzystuje, zdradza, kłamie, bywa okrutny. Mówi swojej dziewczynie: „Ja mam cel. Ty nie masz”.

A mimo to Safdie nie stawia nad nim sędziowskiej peruki. Film nie potępia Marty’ego za jego ambicję, ale też jej nie gloryfikuje. Zamiast tego obserwuje go z dystansem etnografa, badającego szczególny gatunek amerykańskiego marzycielstwa: typ człowieka, który wierzy, że może zmusić świat do uklęknięcia siłą swojej woli.

To kino, które pozwala widzowi samodzielnie wyrobić sobie opinię. Niektórzy będą kibicować Marty’emu mimo wszystko – bo ma w sobie coś z barona Münchhausena, który wyciąga się z bagien za własne włosy. Inni uznają go za odpychającą figurę narcystycznego rozrostu ego. Obie reakcje są uprawnione.

Kontrowersyjny trzeci akt

Jeśli film ma słabość, to właśnie w finalnej części. Po dwóch godzinach intensywnej eskalacji konfliktów i napięcia, „Wielki Marty” dokonuje zwrotu w stronę czegoś zaskakująco… ciepłego? Marty osiąga swoje sportowe marzenia za granicą, ale prawdziwą transcendencję znajduje w osobistych relacjach w domu.

To zakończenie może rozczarować widzów spodziewających się brutalnego finału w stylu „Uncut Gems” czy czystego triumfu ambicji. Safdie wydaje się sugerować, że Marty – mimo całej swojej arogancji – potrzebuje innych ludzi, że jego indywidualizm ma swoje granice. To podejście łagodniejsze, może zbyt łagodne jak na film tak bezlitosny przez większość czasu.

Niektórzy krytycy widzą w tym mistrzowską grę: małą, ludzką historię ukrytą w hałaśliwym spektaklu. Inni czują, że film gubi impet i kierunek, goniąc za nagrodami zamiast za własną wizją. To kwestia otwarta do dyskusji.

Werdykt: Josh Safdie dowodzi, kto był mózgiem duetu

Po obejrzeniu „Wielkiego Marty’ego” i „The Smashing Machine” (solowego debiutu Benny’ego), jedno staje się jasne: Josh Safdie był główną siłą napędową tej filmowej machiny. To on zachował charakterystyczny styl – chaotyczną energię, frenetyczny montaż, bohaterów balansujących na krawędzi katastrofy.

Film ma swoje wady – zbyt długie dygresje w środkowej części, kontrowersyjny finał, bohater, którego można szczerze nie znosić. Ale ma też ogromne zalety: wirtuozerską reżyserię, znakomitą obsadę na czele z Chalametem w najlepszej roli kariery, oszałamiającą wizualną i dźwiękową estetykę, scenariusz napisany jak złożona układanka, która wszystko spina w finale.

To kino intensywne, wymagające, nieprzyjemne – ale też ekscytujące, żywe i świadome własnych celów. Safdie udowadnia, że potrafi samodzielnie kreować cinema of anxiety, które nie daje widzowi wytchnienia. Jeśli lubicie filmy braci Safdie, pokochacie „Wielkiego Marty’ego”. Jeśli ich nienawidziliście, ten was nie przekona.

Ale jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda kino o ambicji, które nie udaje, że ambicja jest cnotą – a jednocześnie nie potępia jej jako grzech – to macie obowiązek obejrzeć ten film. To 150 minut przypominających mecz tenisa stołowego: błyskawiczny, nieprzewidywalny, pełen zwrotów akcji i zagrany z pasją graniczącą z obsesją.

Ocena: 8/10 - Nerwowy, błyskotliwy i prowokacyjny portret amerykańskiego marzycielstwa, który udowadnia, że Josh Safdie to reżyser wielkiego kalibru.


„Wielki Marty” to film dla widzów, którzy potrafią docenić antybohaterów, są gotowi na dwie i pół godziny emocjonalnego dyskomfortu i szukają kina, które stawia pytania zamiast podawać gotowe odpowiedzi. To nie jest przytulna opowieść o triumfie ducha – to studium tego, ile człowiek jest w stanie poświęcić w pogoni za wielkością. I ile przy tym straci.

Redakcja QLTURALNIK

AUTHOR